Strona wykonana. Dopieszczona, siedzi już na serwerze – jako twórca pękam z dumy, że świat ujrzał moje dzieło. Część podstron świeci pustkami, bo klient nie dostarczył treści – ale to nic, przecież wdrożyłam tam system zarządzania treścią, na pewno braki zostaną szybko uzupełnione. Instrukcja obsługi napisana, a nawet screencasty zrobione – wszystko już wysłane do klienta (rachunek też), z prośbą o jak najszybsze przetestowanie i przesłanie opinii o działaniu.
Teraz zaczyna się część, której nie rozumiem. Płatność zostaje wykonana, z tym nie ma problemu – ale sprawdzam co się dzieje na stronie i czekam na feedback od klienta… A tu cisza. Cisza na stronie – nic się nie zmienia, żadnych uzupełnień – myślę, może klient ma problem z obsługą strony, ale nie – żaden mail nie przyszedł, żadnego telefonu o problemach.
Na nutę „Chodzi lisek koło drogi” mogłabym zanucić „Stoi strona w Internecie”.
Mijają trzy miesiące…
Zaczyna się. Zaczynają się maile z prośbą o ponowne przesłanie haseł do strony, o instrukcje obsługi CMSa, telefony – bo nie działa (działa, ale trzeba postępować zgodnie z instrukcją). Strona źle wygląda – no wygląda, a w instrukcji jest wytłuszczonym drukiem napisane jak wklejać z Worda. A to wszystko ma być na już, na teraz, na wczoraj.
A przecież mogliśmy to przejść bezboleśnie tuż po oddaniu strony, kiedy wszystkie potrzebne informacje są pod ręką i wszystko jest świeże.
Na szczęście, w samą porę przychodzi e-mail ze słowami „tak się cieszę, że panią znalazłam
” – i znów wraca nadzieja, i znów pamiętam, że klient idealny naprawdę istnieje.